piątek, 18 grudnia 2015

MOJA OPCJA ZEROWA czyli rząd do Przemyśla

Kukiz (czy on ma jakieś imię?) wzywa do zmiany konstytucji i wymiany całego składu Trybunału Konstytucyjnego. Nazywa to opcją zerową. Ja bym tak tego nie nazwał. Gdzie tam tej opcji do zera?! Mam inną propozycję opcji zerowej, lepszą, bardziej zerową.
Otóż proponuję całkowitą wymianę składu wszystkich instytucji władzy, od prezydenta, przez sejm, senat, rząd i cały pisowski plankton. Apeluję jednocześnie, by stosowną uchwałę podjęła Rada Warszawy. W końcu szefostwo rządzącej mafii, a i sporo jej zwykłych żołnierzy, mieszka i/lub działa w Warszawie. Jak samorządność, to samorządność, a że uchwały mają moc nadrzędną wobec innych praw, dowiodła już większość sejmowa, podejmując uchwały sprzeczne z konstytucją.    
Nie koniec na tym. Dla zapewnienia nam wszystkim pełnej satysfakcji  z „wyzerowania” tej menażerii, proponuję też, by na pewien czas przenieść ich do jakiegoś dostatecznie odległego miasta; najlepiej zagranicą, ale w ostateczności może być Przemyśl, dokąd chcieli wyprowadzić Trybunał. Kto wie zresztą, czy do tego miasta nie powinniśmy na krócej lub dłużej wysyłać wszystkich, którzy dowiedli swojej bezmyślności. Gdzie jak gdzie, ale w Przemyślu  wszystko sobie przemyślą.       
Wiem, pojawią się głosy, że ta propozycja jest niekonstytucyjna albo wręcz idiotyczna, bo jak to? Rada Warszawy ma rozwiązywać sejm i senat, usuwać prezydenta i deportować polityków do Przemyśla? Na jakiej podstawie? Ano na takiej – wyjaśniam malkontentom - na jakiej oni zwalniają z więzienia swoich koleżków, rozwiązują fundamentalną dla porządku konstytucyjnego instytucję i zajmują biura organizacji międzynarodowych.
Rada Warszawy to organ szczególnie predysponowany do przeprowadzeni radykalnej opcji zerowej również dlatego, że sprawuje zwierzchność na strażą miejską, ostatnią już chyba formacją mundurową, która nie wpadła w szpony rządzącej watahy i faktycznie stoi na straży prawa. Dowiodła tego ostatnio straż miejska w Krakowie, która zablokowała koła źle zaparkowanego samochodu prezydenta. Brawo straż miejska w Krakowie! Kraków-Warszawa - wspólna sprawa!
Ktoś może zapytać, czy straż miejska powinna być formacją odpowiedzialną za ochronę demokratycznego ładu? Precedensów jak się zdaje nie było, jeśli jednak uprzytomnimy sobie, że kultura demokratyczna zrodziła się w miastach i jest wytworem miejskiej mentalności, zgodzimy się chyba, że lekceważona dotąd straż miejska znakomicie się nadaje do tego celu, zwłaszcza w Polsce.  
Na koniec jeszcze ważne wyjaśnienie. Nie, nie wzywam do obalenia siłą legalnej władzy ani ustroju. W preambułę uchwały rady miejskiej wpisze się przecież, że wyraża ona wolę narodu, a w demokracji ludowej – jak uczą nas obecne władze – wola suwerena ważniejsza jest niż prawo. Poza tym opcja zerowa to nie likwidacja, a wymiana lub przynajmniej nadzieja na wymianę. Potrzebne będą nowe władze, a więc i nowe wybory w bliskiej przyszłości. Nikomu praw wyborczych nie zamierzam odbierać. Niech oni tylko znikną na jakiś czas, żeby opadły emocje i żeby znowu można było oddychać. Jeśli po kilkumiesięcznej przerwie ci ludzie znowu wygrają wybory, obiecuję, że sam się wyniosę do Przemyśla lub gdziekolwiek. Im dalej tym lepiej!



wtorek, 15 grudnia 2015

Gdzie "majdan" w Warszawie?

Jak skutecznie udaremnić pisowski zamach na demokratyczny porządek konstytucyjny? Problem jest polityczny, ale ma wiele aspektów praktycznych. Gdzie na przykład w Warszawie najlepiej byłoby zorganizować polski „majdan” - permanentną demonstrację z żądaniem ustąpienia reżimu i rozpisania nowych wyborów?
Nie twierdzę, że nadszedł już czas. Idzie zima, a niektórzy znajomi, równie mocno zatroskani o losy demokracji w Polsce,  twierdzą, że należy jeszcze poczekać z działaniami w tej skali i z takich rozmachem.
Może mają rację? Może ludzie reżimu jednak się zreflektują? Albo przestraszą? Przecież są wśród nich politycy, Gowin na przykład, których poglądy gospodarcze, a i pewne cechy osobiste, bardziej predestynują do Nowoczesnej niż do paranoiczno-rewolucyjnego pisu. Nie brakuje też wśród dworaków Kaczyńskiego ludzi bojaźliwych, a i Szydło nie czuje się najlepiej w roli rewolucjonistki. Gdyby więc kilku lub kilkoro z nich poszło po rozum do głowy (lub gdziekolwiek) i z pisu lub koalicji odeszło, rząd straciłby większość, a zamach by się nie powiódł.
Tak więc nie wzywam jeszcze, jeszcze nie (a jest 15 grudnia 2015 roku) do budowy miasteczka namiotowego w wybranym miejscu, jednak o samym miejscu warto pomyśleć zawczasu. Gdzie zatem majdan w Warszawie? 
Potrzebny jest duży plac, najlepiej położony przy siedzibie władz, jednak nie władz miejskich, wiec Plac Bankowy odpada - nie tylko z tego powodu rzecz jasna; sama nazwa nie najlepiej się kojarzy.    
Plac Defilad? Nie wydaje mi się. Duży jest, to prawda, ale położony daleko od siedzib władzy, a poza tym klimat nie ten, nie ta przestrzeń i nie ten duch się nad placem unosi.  
A co powiecie na Plac Konstytucji? Nie ma tam wprawdzie budynków rządowych, ale nazwa w sam raz, powierzchnia wystarczająca, a w okolicy dużo miejsc, gdzie można się w razie potrzeby ogrzać, posilić albo jeszcze inaczej zaspokoić podstawową potrzebę.
A może Plac na Rozdrożu? Blisko Ministerstwa Sprawiedliwości, niedaleko Rady Ministrów, a nazwa nawet lepsza. Czyż nie znaleźliśmy się na politycznym rozdrożu? Tak, chyba Rozdroże będzie najlepsze? Majdan na Rozdrożu brzmi intrygująco. Tylko czy jest tam dość miejsca? Jak sądzicie? Zapraszam do konsultacji J

P.S. O tym, czy „majdan” warto organizować i jak to zrobić, żeby jego skutki były lepsze niż na Ukrainie, napiszę za kilka dni.  

sobota, 5 grudnia 2015

Zdziwił się Radziwiłł

Zdziwił się Radziwiłł, a swoje zdziwienie wyraził tak: 
"Państwo nie gwarantuje nikomu roweru, bo nie ma na to pieniędzy. Dlaczego inaczej ma być w przypadku służby zdrowia?"
Radziwiłł, minister zdrowia w rządzie Pis, nie rozumie, dlaczego państwo ma nam gwarantować dostęp do służby zdrowia? Nie widzi różnicy między rowerem a zdrowiem lub życiem; nikt mu też nie powiedział, ze państwo przymusowo pobiera opłaty za prawo do leczenia, i to z góry pobiera, również od tych, którzy nie korzystają ze służby zdrowia. Może zresztą ktoś mu powiedział, ale jak przystało na członka gangu, który objął władzę w naszym kraju, Radziwiłł nie uważa, by za te pieniądze cokolwiek nam przysługiwało. Płacić i mordy na kłódkę! 
Radziwiłł jest lekarzem, a w każdym razie pobierał lub nadal pobiera wynagrodzenie z tytułu wykonywania tego zawodu. Nie wiem, jakiej jest specjalności, i nawet nie chcę wiedzieć, bo żywiej stanęłyby mi przed oczami osoby przez niego poszkodowane; trudno przecież wyobrazić sobie, żeby skutecznie mógł leczyć człowiek, który nie widzi różnicy między prawem do roweru a prawem do zdrowia i życia. 
Nie skojarzył Radziwiłł
Lekarze, ci z prawdziwego zdarzenia, przyjęli niegdyś kodeks etyki lekarskiej. Czy tam nie ma nic o zdrowiu i życiu – zapytałem sam siebie.  Sprawdziłem i znalazłem między innymi taki zapis (art.2)  
1. Powołaniem lekarza jest ochrona życia i zdrowia ludzkiego, zapobieganie chorobom, leczenie chorych oraz niesienie ulgi w cierpieniu ...
i dalej w punkcie 2: 
Najwyższym nakazem etycznym lekarza jest dobro chorego - salus aegroti suprema lex esto. (zdrowie chorego najwyższym prawem - przyp. ad.) Mechanizmy rynkowe, naciski społeczne i wymagania administracyjne nie zwalniają lekarza z przestrzegania tej zasady. 

Dlaczego w kodeksie uznano, że ochrona zdrowia i w ogóle dobro chorego jest powołaniem i najwyższym nakazem etycznym lekarza, niestety nie wiadomo. Kodeks tego nie wyjaśnia. Może jego autorom wydawało się to oczywiste? Nie przewidzieli, że piszą go również dla ludzi z intelektem Radziwiłła. A może przeczytali konstytucję, a przynajmniej jej art. 68, dowiedzieli się z niej, że każdy ma prawo do ochrony zdrowia i jakoś skojarzyli tę gwarancję z zawodem lekarza. Radziwiłł nie skojarzył. Może w dzieciństwie spadł z roweru!? Nie wiadomo.
Człowiek ten złożył zapewne przysięgę lekarską, ale przecież nikt lekarza nie pyta, czy i jak rozumie treść przysięgi. Nikt mu też nie wyjaśnia, co tam jest napisane. No i przyrzekł Radziwiłł, nie wiedząc, co przyrzeka, a potem całe życie kombinował, jak się lepiej urządzić na koszt frajerów, którym się wydaje, że lekarz, u którego szukają pomocy, ma obowiązek, prawny i moralny, chronić ich życie i zdrowie. Niby dlaczego? – wciąż dziwi się Radziwiłł.
Zaczynam rozumieć, dlaczego PiS chce zmienić konstytucję. Nową napiszą dziennikarze Faktu i Super Expressu, żeby politycy i wyborcy Kaczyńskiego zrozumieli, o czym jest mowa. No i żeby to była ich konstytucja, żeby wyrażała ich emocje i stan ducha. Jej poczytność wzrośnie! Zapewnią to krzykliwe tytuły, spiski, sensacje zza kulis katastrofy smoleńskiej i zdjęcia gołej baby (sorry! rumianego księdza)  na trzeciej stronie. Taka będzie nowa ustawa zasadnicza: dla moherowych beretów, kiboli i ludu smoleńskiego! I po co komu jeszcze Trybunał Konstytucyjny?!    


  
      

niedziela, 22 marca 2015

Sądy za poglądy?

Pani Małgorzata Marenin, działaczka antyklerykalna i feministyczna, nie ustaje w wysiłkach, by postawić przed sądem biskupa Michalika za jego poglądy na temat przyczyn pedofilii. Jakiś czas temu duchowny ten zasugerował bowiem publicznie, że winne pedofilii są agresywne feministki i wychowanie w rozbitych rodzinach, gdyż pozbawione ciepła rodzinnego dzieci lgną do dorosłych, a ci – jak musimy się domyślać, bo biskup tego nie powiedział wprost – nie potrafią się tej pokusie oprzeć. 

Pani Marenin uznała tę wypowiedź za przestępstwo i skierowała do sądu karnego prywatny akt oskarżenia. Sąd oskarżenie odrzucił, gdyż w Polsce poglądy (z jednym wyjątkiem), nawet bardzo ekscentryczne, nie są penalizowane, jeśli nie towarzyszy im nawoływanie do nienawiści lub przemocy, a biskup – cokolwiek by o nim powiedzieć – nie wzywał nieodpornych na pokusy ciała „duchownych” do molestowania dzieci z rozbitych rodzin. 

Warto w tym miejscu przypomnieć, zwłaszcza młodym czytelnikom, że w dawnych czasach, gdy ludzie swobodnie dzielili się przemyśleniami, a czasem się nawet nad czymś wspólnie zastanawiali, wszczynanie przeciw komuś postępowania karnego za głoszone przez niego poglądy nazywano cenzurą represyjną, a wszelkie formy cenzury uważano za odrażającą właściwość systemów totalitarnych. 

Powróćmy jednak do naszej opowieści. Po negatywnej decyzji sądu karnego pani Marenin nie upadła na duchu i skierowała sprawę do sądu cywilnego. Biskupowi nie grozi już odsiadka, tylko niewielka wpłata na cele społeczne (1000 złotych na rzecz Centrum Praw Kobiet!) oraz obowiązek przeproszenia feministek i samotnych rodziców w publicznym oświadczeniu następującej treści (podaję za PAP): „Nie mam prawa sądzić, iż dzieci w rozwodzących się rodzinach odczuwają mniej miłości i garną się do drugiego człowieka, pragnąc miłości”. 
Zagrożenie to jest wprawdzie teoretyczne, gdyż sąd niemal na pewno odrzuci pozew złożony przez panią Marenin, jednak komentarza wymaga fakt, że jego antyklerykalna autorka chce postawić kogoś przed sądem za poglądy, że chce go zmusić do wyrzeczenia się tych poglądów i wreszcie, że ta inicjatywa cieszy się poparciem tak wielu zorganizowanych ateistów i krytyków Kościoła katolickiego, instytucji, którą uważa się za głównego wroga wolności słowa w Polsce. 

*

Oświadczenie, które pani Marenin chce wymusić na biskupie, składa się z dwóch względnie odrębnych części. W pierwszej z nich autorka domaga się, by biskup stwierdził publicznie, iż nie ma prawa czegoś myśleć – cokolwiek by to było! Powstaje w związku z tym pytanie, czy człowieka w ogóle można pozbawić prawa do myślenia czegokolwiek?! Czy powódka nie idzie w tym żądaniu dalej niż inkwizycja katolicka i cenzura komunistyczna razem wzięte?! Pamiętać trzeba, że te niesławne instytucje żądały na ogół tylko rezygnacji z opublikowania lub publicznego odwołania jakichś konkretnych, publicznie głoszonych i nieprawomyślnych poglądów, a nie w ogóle prawa do myślenie tego czy tamtego. Nawet Giordano Bruno uniknąłby stosu, gdyby nie skierował do papieża memoriału, w którym upierał się przy twierdzeniach, jakie obiecał odrzucić publicznie. Żyłby, gdyby zachował je tylko dla siebie. Blisko 200 lat później wypowiedział się na ten temat Immanuel Kant w słynnym eseju „Czym jest oświecenie”. Filozof nie bronił w nim pełnej wolności głoszenia wszelkich poglądów, przekonywał jednak do nieograniczonej wolności myśli, bez niej bowiem, jego zdaniem niemożliwe było oświecenie. W XVIII wieku było już bowiem wiadomo, że groźne dla władzy i Kościołów mogą być poglądy głoszone publicznie, a nie prywatne myśli. Prywatnie każdy miał prawo myśleć, co mu się podoba. 

W dzisiejszej Europie, po upływie kolejnych 200 lat z okładem, już nikt, nawet Kościoły, nie zakazuje publicznego głoszenia niewygodnych poglądów, jeśli nie są wyrażane w sposób obraźliwy. (Wyjątkiem jest tak zwane kłamstwo oświęcimskie, penalizowane – co też budzi wątpliwości – ze względu na nie mającą precedensu w historii skalę zbrodni, której kłamcy zaprzeczają). Tak jest w Europie, ale nie w Polsce. Tutaj wszystkie poglądy są święte, nawet te, które wyznają postępowi ateiści i ateistki. Nikt nie wdaje się w dyskusje i nie podejmuje merytorycznej krytyki, choćby ironicznie. W Polsce cudze poglądy się zwalcza: zmusza się do ich odwołania albo wzywa do leczenia ich wyznawców w szpitalu psychiatrycznym, o czym będzie mowa dalej.

W drugiej części załączonego do pozwu tekstu oświadczenia Małgorzata Marenin żąda, by biskup odwołał swój konkretny pogląd, w myśl którego „dzieci w rozwodzących się rodzinach odczuwają mniej miłości i garną się do drugiego człowieka, pragnąc miłości”. Żądanie to rodzi różne wątpliwości i pytania, a wśród nich jedno, które nurtuje mnie najbardziej: czy zakaz, jakiego domaga się pani Marenin, ma dotyczyć tylko biskupa? A co z zastępami psychologów i pedagogów, którzy napisali niezliczoną liczbę artykułów, a nawet całych książek, na temat szkodliwych skutków wychowania dzieci przez samotnych rodziców? Czy te artykuły i książki powinny być nielegalne? Nierzadko przecież mówi się w nich o szkodliwych skutkach deficytu miłości w rozbitych rodzinach. Sam również podzielam niektóre z tych opinii. Uważam na przykład, że chłopcy wychowani prze samotne matki częściej rozwijają cechy psychopatyczne niż chłopcy z pełnych rodzin. Nie wszyscy oczywiście, ogólnie jednak można powiedzieć, że zagrożenie jest niemałe i że należy tej tendencji świadomie przeciwdziałać. Czy pisząc te słowa, popełniam przestępstwo? Czy powinienem za nie przeprosić panią Marenin? Nie jestem biskupem, więc być może mogę myśleć, co mi się podoba, ale kto wie!? Pewności nie mam. 

Że niektórzy ateiści są wrogami wolności słowa, wiem nie od dzisiaj. Kilka lat temu wspólnie z prof. Barbarą Stanosz walczyliśmy o prawo do opublikowania w naszym piśmie artykułu pewnej belgijskiej filozofki, w którym autorka twierdziła, że nie ma sprzeczności między feminizmem a dorobkiem psychologii ewolucyjnej. Zdaniem redakcji, w skład której wchodzili sami lewicowi ateiści i ateistki, na poglądy tego rodzaju nie ma miejsca w szanującym się piśmie, nawet jeśli do niedawna walczyło ono głównie o wolność słowa. Wprawdzie po długich sporach artykuł się wreszcie ukazał, ale sposób, w jaki autorytarni członkowie redakcji prowadzili dyskusję, doprowadził profesor Stanosz do wniosku, że feminizm jest religią, po czym postanowiła ona odejść z pisma, które sama założyła. Nie minęło wiele miesięcy, gdy poszedłem w jej ślady, okazało się bowiem, że w tym samym piśmie nie można opublikować artykułu słynnego etyka i ateisty Petera Singera pod tytułem „Czy powinniśmy dyskutować o rasie i inteligencji?” (tak, tak – ze znakiem zapytania!). Zdaniem lewicowych ateistów nie można stawiać publicznie takich pytań, nawet gdy czyni to inny lewicowy ateista i słynny filozof. Singer doczekał się miana faszysty, artykuł się nie ukazał, wówczas jednak nikt nie oskarżył autora ani tłumacza o przestępstwo, ani nie wniósł pozwu do sądu cywilnego. 

Czy dzisiaj próba opublikowania tego artykułu uszłaby nam na sucho, nie jestem pewien. Sytuacja zmienia się dynamicznie a ateiści z grupy dyskryminowanej w latach 90. coraz częściej wchodzą w skórę swoich dawnych prześladowców i bez dostrzegalnych rozterek nawołują do użycia siły wobec myślących inaczej. 

Po raz pierwszy przekonałem się o tym naocznie (i „nausznie”) podczas „Dni ateizmu” w 2014 roku, gdy w trakcie dyskusji panelowej jakaś kobieta zawołała po angielsku(!), że ludzie wierzący są chorzy psychicznie i należy ich przymusowo leczyć psychiatrycznie. Byłby to eksces bez znaczenia, gdyby nie aplauz, z jakim spotkał się ten osobliwy dezyderat. Potem, w kuluarach, okazało się, że nie wszyscy obecni popierają zamykanie ludzi wierzących w szpitalach psychiatrycznych, jednak entuzjaści tej polityki byli w zdecydowanej przewadze. 

Masowe poparcie, jakim cieszy się akcja Marenin, jest tego samego rodzaju. To również wyraz autorytarnej mentalności i subkultury, jaką wytworzyła część zorganizowanych środowisk ateistycznych. Jak do tego doszło? Czyżby środowiska te tworzyli w większości pogrobowcy komunizmu i ich dzieci? Czy jest to może – jak twierdzą niektórzy – skutek studiów w Moskwie lub po prostu tęsknoty za PRL? Nie sądzę. Stosunek komunistów do Kościoła był raczej pragmatyczny, przynajmniej od czasów Gierka, gdy zawarli oni z Kościołem rodzaj małżeństwa z rozsądku i nikogo za wiarę religijną nie gnębili ani przymusowo nie leczyli. Kim zatem są ateiści, którzy popierają „sądy za poglądy”? Nie są to moim zdaniem po prostu ateiści wojujący, gdyż na to miano zasługują osoby, które wojują, bo im zależy na skutecznym krzewieniu niewiary, podczas gdy ateiści, o których tu mowa, ateizm kompromitują i osłabiają jego wpływy, tak jak hunwejbini kościelni osłabiają wpływy katolicyzmu. Jedni i drudzy są oczywiście autorytarni, ale i to nie wszystko wyjaśnia, bo nawet osoby bardzo autorytarne potrafią na ogół w jakiejś mierze kontrolować swoje popędy przy pomocy rozumu. Nie są to przecież ludzie nieinteligentni lub niewykształceni. Skądinąd wiem, że są na ogół sprawni intelektualnie, tyle tylko, że nie w dziedzinie walki z religią. Na tym polu kierują się raczej głosem serca, a serce – jak mawiał Pascal – „ma swoje racje, których nie zna rozum”. Pod tym względem przypominają mi pewną profesor biologii, która w odpowiedzi na publicznie zadane pytanie o to, jak godzi swoje przekonania naukowe z wiarą w Boga, powiedziała, że naukowcem to ona jest w pracy, od 9 rano do 18, a później jest zwykłym człowiekiem. Cóż, wszyscy jesteśmy ludźmi, nie całkiem to jednak rozwiązuje problem ateistów, których coraz trudniej odróżnić od moherowych obrońców krzyża lub islamistów broniących czci Mahometa.

Po co właściwie to piszę? Przecież wiem nie od dzisiaj, że racjonalna argumentacja nie ma sensu, gdyż ludzie racjonalni wiedzą bez mojej pomocy, co chcę powiedzieć, a nieracjonalni i tak nie przyjmą racjonalnej argumentacji. Być może piszę głównie po to, żeby – jak mawiał Zygmunt Kałużyński – było napisane, ale z pewnością także po to, żeby dać wyraz swojej niechęci do działań, które czynią z ateizmu jeszcze jedną agresywną ideologię, niewiele (o ile w ogóle?) lepszą od katolicyzmu lub każdego innego autorytarnego „izmu”.

Popularyzacją pewnej odmiany ateizmu, zwanej humanizmem świeckim, zajmuję się od ćwierćwiecza. W humanistycznej krytyce religii nie chodzi tylko o to, żeby ludzie przestali wierzyć w bajki. Przede wszystkim zależy nam na tym, by osłabić wpływy dogmatycznej i autorytarnej tradycji podtrzymywanej (jak sądziłem do niedawna) głównie przez Kościoły i religie. Dzisiaj jednak, po kolejnych ekscesach „jasnogrodu”, tracę pewność, czy wolności i racjonalności w Polsce nie zagrażają bardziej grupki autorytarnych ateistów i antyklerykałów. 

John Stuart Mill, jeden z najważniejszych twórców europejskiej kultury wolności słowa i myśli, napisał kiedyś, że „ktoś, kto zna tylko swój punkt widzenia na daną sprawę, niewiele o niej wie”. Nawet poglądy zupełnie bzdurne mogą zawierać i często zawierają elementy, które mogą wnieść coś wartościowego do naszego rozumienia problemu, którego dotyczą. By się o tym przekonać, nie możemy ich zakazywać. Musimy podjąć wysiłek wykazania ich błędności lub niestosowności, do czego z całym przekonaniem zachęcam panią Marenin i jej zwolenników. W obecnej sytuacji wycofanie pozwu i zastąpienie go oświadczeniem lub artykułem krytycznym wobec wypowiedzi biskupa byłoby równie nośne medialnie, a jednocześnie mogłoby bardziej, i co szczególnie ważne, bardziej po naszej myśli, wpłynąć na myślenie wielu katolików niż ataki na biskupa. Prześladowanie za poglądy, nawet gdy przyjmuje formalnie dopuszczalne formy, wywołuje reakcję obronną i zamyka umysły atakowanych na wszelką argumentację. Jest o czym pomyśleć, jeśli rzeczywiście zależy wam na osłabieniu wpływów religii i Kościoła katolickiego.

sobota, 26 stycznia 2013

Antyklerykalne obsesje - 1


W komentarzach do wiadomości z mistrzostw świata w piłce ręcznej znalazłem między innymi notkę, której autor ucieszył się, że do półfinału awansowała Dania – reprezentacja jednego z „normalnych narodów”, a nie tylko Chorwacja i Hiszpania – „katolickie sługusy Watykanu”.    
Chodzi – powtórzmy dla wszelkiej pewności – o piłkarzy ręcznych, ludzi raczej  przesądnych niż religijnych. Sportowcy znani są z tego, że nie golą brody podczas rozgrywek, przywiązują się do jakichś ozdób lub elementów stroju, w którym kiedyś odnieśli sukces albo wręcz wierzą w moc amuletów. To wszystko zbliża ich raczej do magii niż religii, a gdyby jednak do religii, to raczej do satanizmu niż katolicyzmu – bardziej do Nergala niż do Benedykta.    
Oczywiście żadna poważna polemika z tego typu wytworami nie ma sensu. Piszę o tym, bo się martwię, a martwię się, bo mam wrażenie, że coraz częściej mamy do czynienia z podobnymi objawami antyklerykalnej obsesji – dla mnie przykrej szczególnie, bo od lat, w imię rozumu, angażowałem się w krytykę Kościoła i religii, a dzisiejszy rozpasany antyklerykalizm okazuje się często tyle samo wart, co jego klerykalne „drugie ja”.     
Owszem, katolicy wierzą w bajki i wyciągają z nich zgubne dla rozumu i wolności wnioski, ale dotąd nie napotkałem „sługusa Watykanu”, który byłby wrogiem drużyny piłki ręcznej z jakiegoś kraju tylko dlatego, że dominuje tam inne wyznanie lub wręcz bezwyznaniowość. Nie twierdzę, że takich katolików nie ma. Posłanka Pawłowicz mogłaby nawet zażądać wykluczenia z rozgrywek wszystkich drużyn z niedostatecznie katolickich krajów. Marne to jednak pocieszenie, tym bardziej że jak dotąd nie zażądała.  
Religia jest szkodliwa, ale dla rozumu, a tym samym dla nas  wszystkich, wierzących i niewierzących, groźniejsze są brednie plecione pod sztandarami rozumu właśnie niż historie o Czerwonym Kapturku lub Adamie i Ewie, które wprawdzie wciąż opowiadamy, jednak z coraz mniejszym przekonaniem, by nie rzec „dla zabawy”.
W filipice cytowanego tu antyklerykalnego kibica piłki ręcznej nie ma niestety nic zabawnego. W jego oczach mecze piłki ręcznej to wojny religijne pomiędzy wyimaginowanymi reprezentacjami narodów normalnych i nienormalnych. To obsesja lub wręcz halucynacja, od której najpewniej nie potrafi się on uwolnić. Jako były psychoterapeuta zalecam okłady lub jeszcze lepiej kubeł zimnej wody na przegrzany globus.                   

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Polak z Polakiem

Sędzia Tuleya powiedział kilka dni temu, że metody pracy CBA "budzą skojarzenia z czasami największego stalinizmu". To oczywiście absurd. CBA dopuszczało się i zapewne nadal się dopuszcza wielu poważnych nadużyć, ale z czasami stalinizmu nie kojarzy się wcale, bo w tamtych czasach tysiące ludzi bezprawnie więziono, torturowano i mordowano, podczas gdy CBA wywiera presję psychiczną i być może nielegalnie podsłuchuje, a to przecież całkiem inna historia.    

Tym, co zdumiewa w tej awanturze najbardziej, jest fakt, że wśród komentatorów nie znalazł się jak dotąd nikt, kto by się w tej sprawie wypowiedział rozsądnie. Dla jednych CBA jest bez skazy, dla innych to formacja niemal zbrodnicza. Zero wzajemnego zrozumienia - prawdziwie po polsku. 


W medialnym maglu w tej sprawie po raz kolejny okazało się, że jeśli ktoś publicznie zaatakuje PiS, to "liberalni" komentatorzy popierają go w całej rozciągłości, nawet gdy plecie kompletne banialuki. Sam jestem zdeklarowanym przeciwnikiem PiS i autorytarnej polityki w ogóle, ale jeszcze bardziej sprzeciwiam się światu, w którym sympatie polityczne automatycznie i w stu procentach determinują treść poglądów na wszystko. To stopień najwyższy zniewolenia umysłów - zniewolenie bez przymusu, z samej tylko potrzeby oddania się w niewolę. Czyżby stara teoria wywodząca pochodzenia słowa "słowianin" od łacińskiego "sclavus" (niewolnik) była jednak prawdziwa!?   

A przecież każdy człowiek, nawet członek lub sympatyk PiS, może czasem powiedzieć coś sensownego, zwłaszcza gdy krytykuje politykę rządu. Rację miewali nawet tacy "wrogowie publiczni" jak Ziobro - wtedy na przykład, gdy wzywał do otwarcia zawodów prawniczych. PiS przygotował także zupełnie sensowny projekt finansowania służby zdrowia z podatków. System taki działa dobrze między innymi w Australii, ale o tym nikt z "antypisowskich" propagandystów nawet nie piśnie, bo przecież ktoś mógłby to odebrać jako poparcie dla Kaczyńskiego, co w pewnych kręgach oznacza śmierć społeczną. W efekcie mamy taką służbę zdrowia, jaką mamy, i nikt poza PiS-em nawet się nie zastanawia, jak można ją lepiej zorganizować - żeby leczyła dobrze i leczyła wszystkich. Warto bowiem przy okazji powiedzieć, że w Australii prawo do bezpłatnej pomocy lekarskiej ma każdy człowiek, a nie tylko człowiek ubezpieczony.  

Kultura polityczna, w której liczy się tylko (sic!) lojalność wobec tej czy innej formacji, nieuchronnie prowadzi do wykluczenia rozumu z życia publicznego, co ma bolesne skutki dla wszystkich - również dla politycznych beneficjentów tej plemiennej mentalności i obyczajowości.   

             
    

sobota, 15 grudnia 2012

W sprawie zbyt białej miss Francji - przyczynek do krytyki polityki tożsamości

Francuskie organizacje walczące z dyskryminacją czarnoskórych zaprotestowały przeciwko zbyt białej skórze nowej miss Francji, niereprezentatywnej ponoć dla koloru skóry przeciętnej współczesnej Francuzki. Oczywista, śmieszna bzdura. Nie byłoby o czym pisać, gdyby nie fakt, że ten protest nie wydaje mi się przypadkowy.  Od lat mam od czasu do czasu do czynienia z osobami lub organizacjami walczącymi z dyskryminacją tej lub innej grupy i niemal za każdym razem mam wrażenie, że dyskryminacja wydaje im się zła tylko wtedy, gdy dotyczy ich samych.
Zdarzyło się kiedyś w Londynie, że pewien czarnoskóry działacz pochodzący z Jamajki chciał się umówić na randkę z moją znajomą i poprosił mnie o pomoc. Obiecałem żartobliwie, że pomogę pod warunkiem wszak, że on mi pomoże umówić się z porównywalnie piękną Jamajką. Trzeba było widzieć jego oburzenie - oburzenie niekłamane - dodajmy. Tony stwierdził stanowczo, że dziewczynom z Jamajki nie wolno się spotykać z białymi. Zgodził się, że to też rasizm i wcale mu to nie przeszkadzało. Oczywiście nie każdy i nie zawsze jest aż tak niemądry, ale mam wrażenie że współczesna moda na tzw. "tożsamościowe" podejście do rozwiązywania problemów społecznych, często prowadzi do takich skutków. W ramach tej mody politycznej organizacje walczące z wykluczeniem i dyskryminacją tak naprawdę nie tworzą ruchu antydyskryminacyjnego, ale dziwaczną sieć egoizmów. Podważa to sens i obniża skuteczność tej działalności, przez to choćby, że prowadzi do wykluczenia wielu ludzi, którzy popierają walkę z dyskryminacją, choć nie są białymi, heteresksualnymi mężczyznami. Dziwaków tego rodzaju nie przepędza się z organizacji, jednak traktowani są z nieufnością i mogą pełnić tylko pomocnicze role. Czyżby zawodowym w większości działaczom chodziło o to, żeby nigdy tego króliczka nie złapać?