wtorek, 27 lutego 2018

Za kratki z nimi albo na wygnanie! Zdelegalizujmy bezdomność! List do PiS-u.

Nie lubimy się Pisie, to jasne. Ja ciebie krytykuję i żarty sobie robię, a ty nadajesz mi przez telefon tajemnicze bulgoty, rozpoznawalne bez trudu dla tych, którzy pamiętają mroczno-śmieszne rządy formacji, w którą się zapatrzyłeś tak bardzo, ze chcąc nie chcąc bierzesz z niej przykład.  Nie możesz się od niej uwolnić mentalnie, taki to los chorych z nienawiści!

Piszę do ciebie mimo wszystko, bo jest sprawa, która może nas pogodzić. Dowiedziałem się właśnie, że burmistrz Brukseli zdelegalizował bezdomność! Każdy bezdomny Brukselczyk, który sam nie zadba o nocleg, jest zamykany na noc w tzw. areszcie administracyjnym, pomieszczeniu ogrzewanym, gdzie nie tylko nie zamarznie, ale jeszcze coś ciepłego przekąsi. To jedyny areszt na świecie, który spodobał mi się od pierwszego wejrzenia, ale jednak areszt, pomieszczenie zamknięte na klucz, wiec i tobie powinno się spodobać. Wiem, jak na areszt jest za mało dolegliwy, a i kończy się zbyt wcześnie - wypuszczają już o 7 rano - ale ty Pisie, możesz go przecież przedłużyć, niech posiedzą do 10 albo nawet do południa.

Zważ Pisie, ze bezdomni to jednak w większości twój elektorat. Mają to wypisane na twarzach, a jeśli któryś z nich głosował dotąd na opozycję, to tylko przez pomyłkę. Nie mają oni pełnego dostępu do  TVP, internetu i przyjaznych ci gazet, a jak gazetę zdobędą, to użyją jej niezgodnie z przeznaczeniem jako kołdrę albo na podpałkę, żeby przeżyć noc, a nie poczytać o twoich przewagach. A w areszcie moglibyście, jak na Kubie tow. Fidela, im swoje gazety czytać – to jednak prawie 100 tysięcy ludzi, a wybory do samorządów już blisko.


A jeśli martwicie się, ze koszty ogrzewania wysokie, to mam jeszcze jedną propozycję. Dla oszczędności wyślijcie naszych bezdomnych - Polacy to przecież - na zimę do ciepłych krajów. Mogą być te najtańsze: Bali na przykład, Cejlon albo i Bangladesz – gdziekolwiek zresztą, żeby tylko ciepło było i gdzie najedzą  się za grosze. Pokochają was, a i ja dawkę jadu zmniejszę w swojej pisaninie. O to do ciebie apeluję Pisie, kimkolwiek jesteś naprawdę. Za kraty z nimi albo na wygnanie!           

sobota, 28 października 2017

DOŚĆ KRZYKU! (W POLITYCZNYM TEATRZYKU)

Coraz więcej krzyku w życiu politycznym. Krzyczy prawica, krzyczy lewica, a czasem nawet centrum krzyczy, choć wydawałoby się, że komu jak komu, ale im nie wypada.
Nie lubię krzyku w ogóle, a krzyku w polityce w szczególności, jednak gdy krzyczą na ulicy, na wiecu i w słusznym proteście, mogę się nawet przyłączyć, choć to wbrew mej naturze. Skręca mnie jednak (wybaczcie kolokwializm), gdy krzyczą uczestnicy konferencji, która ma coś wypracować i być czegoś początkiem; gdzie powinny się rodzić idee, koncepcje i projekty.
A najbardziej ze wszystkiego nie lubię krzyku, gdy zagrzewa do boju tych, którzy od lat wojują i tak, bez żadnego zagrzewania, bo w sercach swoich, czy może w głowach, ogień mają. W trakcie konferencji raczej bym ten ogień gasił, żeby dać szansę  chłodniejszym żywiołom, inaczej bowiem po wsze czasy kisić się będziemy we własnym sosie, a  zniesmaczony naszym krzykiem świat będzie nas unikał, będzie nam umykał.  
Przypomnę, że w poprzedniej kadencji parlamentu była formacja, która na krzyku oparła całą swoją strategię działania. Krzyczeli, owszem, w słusznej sprawie, ale za dużo i „za codziennie”. Kto by to wytrzymał?! Nic dziwnego, że zastępy sympatyków szybko stopniały, co jednak nie trapiło krzykliwego przywódcy; nie słuchał nikogo – trudno przecież słuchać, gdy się krzyczy.            
Formacja ta w praktyce nie istnieje. Nie wiadomo nawet, czy się formalnie rozwiązała! Nikt nie pyta, nikt nie wyjaśnia, nikogo to nie obchodzi - tak bardzo nie istnieje. Nie istnieje partia, ale krzyk przetrwał – nadal w słusznej sprawie, ale równie męczący i równie mało twórczy.  
Krzyk uzależnia. Jeśli już raz wpadniesz w jego szpony, krzyczeć będziesz codziennie od rana do wieczora, bez względu na to, czy pierwotna przyczyna wciąż istnieje. Wystarczy zamknąć oczy i udawać, że nic się nie zmieniło lub wręcz pogorszyło, więc i protest głośniejszy, a im głośniejszy, tym mniej skuteczny na dłuższą metę.
Bertrand Russell we „Władzy – nowej analizie społecznej” napisał między innymi, że gdyby decydował o metodach i treściach kształcenia, uczyłby głownie odporności na krasomówstwo. Dlaczego? Nie dlatego przecież, że jak ja miał na krzyk uczulenie. Przed krasomówcami – a były to lata 30. XX wieku – przestrzegał, bo zauważył, że krasomówcy skłonni są do krzyku, a krzyk w polityce, bez względu na wykrzykiwane treści, wcale nie służy walce z przeciwnikiem realnym lub wyimaginowanym. Ówczesnym krzykaczom nie chodziło o Żydów i komunistów, ani – po drugiej stronie sceny politycznej – o  kapitalistycznych krwiopijców. W każdym razie nie on nich przede wszystkim. Przede wszystkim chodziło o wyłączenie rozumu i totalne podporządkowanie – totalną władzę po prostu, niemożliwą właściwie bez kultu wodza, niemożliwego przecież bez krzyku; nic bowiem skuteczniej nie wyłącza rozumu.  
Dlatego proszę: mniej krzyku, a więcej namysłu: refleksyjnego i krytycznego; więcej rozważań: teoretycznych i praktycznych, a przede wszystkim więcej „współmyślenia” z innymi, czyli dobrej inspirującej debaty lub rozmowy, bez nich bowiem – o czym pisał już Kant – nie ma mądrości, również w polityce! Tak, tak, w dawnych czasach filozofowie byli naprawdę miłośnikami mądrości.         
  



 




sobota, 22 lipca 2017

Dlaczego Polacy kochają PiS?

Kochają? Tak, kochają! Nie popierają, nie zgadzają się, ale kochają – dosłownie! Nie wszyscy rzecz jasna, ale jedna trzecia na pewno i to tych najprawdziwszych – polskości zatem w tej miłości jest więcej niż mogłoby się wydawać, gdy czytamy wyniki badań opinii publicznej.  
Najbardziej kochają Szydło i Dudę, bo młodsi są i piękniejsi niż sam duce, ale uczucia do obu marionetek są tak gorące, że i wódz – choć niewielu mu ufa - przy nich się ogrzeje, jak to w rodzinie w sycylijskim stylu.      
Dlaczego twierdzę, że „nie popierają”? Otóż dlatego, że poparcie polityczne oznacza zgodność poglądów, np. co do tego, jak zreformować szkolnictwo lub sądownictwo. Chyba jednak nikt przy zdrowych zmysłach nie sądzi, że sympatycy PiS kiedykolwiek cokolwiek myśleli o reformie tych instytucji i mieli w tej sprawie jakiekolwiek poglądy! Nie mieli i nie mają! Oni w ogóle nie mają poglądów, w żadnej sprawie, znają tylko emocje, głownie dwie: miłość i nienawiść. Nienawidzą na przykład obcych, przysłowiowego „innego”, ale  jeszcze bardziej tak zwanych elit i ich rzekomych czy też prawdziwych rzeczników: sędziów, naukowców, intelektualistów, liberalnych publicystów. Nienawidzą ich od dawna, jednak dotąd wydawało im się, że nienawiść to uczcie wstydliwe, że nie należy jej okazywać, a może nawet odczuwać. I oto, dzięki PiS, jego knajackiej subkulturze, faszyzującej retoryce i publicznie manifestowanej pogardzie, ludzie ci poczuli, że już nie muszą się wstydzić i nie muszą skrywać swoich prawdziwych uczuć, że – słowem – mogą wreszcie być sobą. Mogą czuć, mówić i robić, co im się podoba i jak im się podoba. Za to właśnie pokochali PiS, taka bowiem jest natura miłości. Kochamy tych, przy których czujemy się w pełni sobą! W miłości erotycznej i romantycznej tych, przy których czujemy się sobą jako kobiety lub mężczyźni; w polityce zaś tych, którzy wyrażają nas najpełniej jako istoty społeczne i polityczne, przy których czujemy się sobą jako ludzie i obywatele. W przypadku miłośników PiS uczucie to jest tym silniejsze, im  silniejsze były skrywane wcześniej emocje i im bardziej po chamsku i brutalnie są dzisiaj okazywane. 

Miłość polityczna jest równie ślepa jak miłość erotyczna. Zakochani nie liczą się z niczym, ani z interesem własnym, ani swoich najbliższych, nie mówiąc już o jakichkolwiek racjonalnych argumentach odwołujących się na przykład do idei dobra wspólnego; bronią rządu nawet wtedy, gdy jego konkretne decyzje zagrażają bytowi ich samych lub ich dzieci. Popierają na przykład podwyżki cen paliw i energii elektrycznej, gdyż (cytuję) „pani premier wie, co robi, i na pewno chce dobrze dla wszystkich”. To oczywiście tylko racjonalizacje, a może jeszcze gorzej: wokalizacje; tak naprawdę bowiem ludzie ci bronią Szydło bezwarunkowo, bez względu na to, co mówi lub co robi.
Miłość tego rodzaju nie jest wieczna, jednak trwać może dłużej niż jedną kadencję sejmu, zwłaszcza jeśli w kraju nadal toczyć się będzie gorąca wojna domowa, choćby – jak dotąd - na słowa. Wojna bowiem sprawia, że miłość się umacnia. Wie o tym każdy rodzic, którego nastoletnia latorośl zakochała się w młodocianym psychopacie. Im bardziej się tej miłości przeciwstawiają, tym bardziej jest żarliwa.  
W rozważaniach na temat przyszłości reżimu nieprzydatne lub wręcz chybione są porównania z dwudziestowiecznymi despotami, choć natura uczucia, jakie żywią Polacy do Szydło i Dudy jest ta sama, co natura miłości Włochów do Mussoliniego. Natura jest ta sama, ale inna jest kultura polityczna; w Europie, a nawet w Polsce, nie sprzyja już autokratom. Dlatego PiS jak dotąd nie przyznaje się, że dąży do dyktatury – dyktatury jawne bowiem, wyszły w Europie z mody, a rola mody w życiu i polityce jest w naszych czasach ogromna.
Kulturowa „niepogoda” dla dyktatur gasić będzie żar  politycznej miłości do przywódców „dobrej zmiany” również pośrednio, przez wzmacnianie roli czynnika bodaj najważniejszego: słabnącej z upływem czasu potrzeby poniżania i okazywania pogardy znienawidzonym elitom. To proces niemal nieuchronny; ileż w końcu można się cieszyć z publicznego lżenia ludzi, nawet nielubianych, zwłaszcza gdy rzeczywistość coraz bardziej skrzeczy, a skrzeczy i skrzeczeć będzie. Kolejne ekscesy i towarzyszące im nienawistne słowa i takież gesty działają jak odreagowanie, technika psychoterapeutyczna  prowadząca do zaspokojenia stłumionych pragnień, a w tym przypadku pragnienia zemsty. Słabnąć będzie nienawiść i potrzeba jej wyrażenia; rosnąć będzie dystans i krytycyzm wobec tej formy rządów i takichż rządzących.         

Proces ten, jak rzekłem wyżej, jest nieuchronny, jednak przebiegać może wolniej lub szybciej. Wiele zależy od działań opozycji, zwłaszcza od tego, czy forma, jaką przyjmują protesty, i język, jakim opozycja przemawia, będą uczucie do PiS umacniać czy osłabiać. To z kolei zależy przede wszystkim od tego, czy opozycja stworzy atrakcyjną alternatywę programową i personalną.  Same protesty i Balcerowicz ze Schetyną nie podbiją już serc milionów Polaków. To już jednak jest temat na całkiem inne opowiadanie!

poniedziałek, 29 maja 2017

Presja czy perswazja? Bojkot mediów publicznych nie jest naszym „patriotycznym obowiązkiem”

Jan Hartman wezwał do bojkotu mediów publicznych. Stwierdził m.in., że „media rządowe stały się orężem bezwstydnej i prymitywnej propagandy partyjnej, a niesubordynacja względem kierownictwa politycznego oznacza dla zatrudnionych tam dziennikarzy zwolnienie z pracy. W takiej sytuacji żaden uczciwy człowiek nie powinien pokazywać się w tych stacjach.” 

Ogłoszony przez Hartmana bojkot ma być formą presji moralnej, dzięki której „wiele osób, chcąc uniknąć zarzutu kolaboracji, jednak zrezygnuje z udziału w programie, choćby miało na to ochotę”.

Zdaniem Hartmana sytuacja w mediach publicznych jest analogiczna do czasów stanu wojennego, a każdy, „kto idzie do pisowskiej telewizji albo radia bądź udziela wywiadów tzw. mediom prawicowym, żyjącym z nienawistnego paszkwilanctwa i ogłoszeń rządowych, ten wspiera reżim Kaczyńskiego i bierze na siebie odpowiedzialność za przedłużenie jego trwania”.  

Hartman nie poprzestaje na rozpoznaniu sytuacji i wskazaniu winnych. Ogłasza także, że bojkot jest naszym patriotycznym obowiązkiem i nieuczestniczenie w nim będzie zapamiętane, tak jak zapamiętana została kolaboracja z „czerwonym” w stanie wojennym”.

Czy mamy tu do czynienia z szantażem moralnym? „Może i tak – powiada Hartman, jednak – jak się zdaje – nie targają nim rozterki moralne, choć szantaż jako metoda działania wciąż bywa krytykowany lub nawet potępiany. „…Masz jakiś lepszy pomysł? – zapytuje retorycznie Hartman i sam sobie odpowiada: ”Jeśli masz, to pokaż, co takiego mądrego wymyśliłeś i zrobiłeś, aby powstrzymać Kaczyńskiego. Nic? To może lepiej już nic nie mówić i na dobry początek nie łamać bojkotu i nie kolaborować z tą władzą?

Proszę bardzo, mam lepszy pomysł i nie waham się go pokazać. Po pierwsze więc „wymyśliłem mądrze”, że diagnoza Hartmana jest błędna i to błędna -  by tak rzec - fundamentalnie. Owszem, telewizja bezwstydnie i prymitywnie manipuluje, (doświadczyłem tego na własnej skórze i postanowiłem TVP unikać), jest jednak mimo wszystko ogromna różnica między dzisiejszą TVP a telewizją Jaruzelskiego. W latach 80. działaczy opozycji nie zapraszano do studia ani nigdzie indziej, lecz wprost przeciwnie - więziono ich, inwigilowano lub nakłaniano do emigracji. Do studia zapraszano wyłącznie „popieraczy” rządu i stanu wojennego. Dzisiaj w studiach telewizyjnych wypowiadają się krytycy rządu i toczą się w nich spory: w dużej mierze zmanipulowane, ale wcale nie jest oczywiste, czy byłoby lepiej, gdyby rozmawiali ze sobą wyłącznie zwolennicy reżimu. Warto sobie uprzytomnić, że wielu Polaków ogląda głownie telewizję publiczną, czasem dlatego, ze nie dociera do nich oferta kablówek, a czasem dlatego, że nie mogą sobie pozwolić na ich usługi. Czy na pewno lepiej pozbawić ich jakiejkolwiek szansy usłyszenia argumentów opozycji?

Powyższe wątpliwości nie oznaczają – co podkreślam – że wzywam do przyjmowania zaproszeń do udziału w programach radiowych i telewizyjnych. Niech każdy sam oceni i postąpi, jak uzna za właściwe. Dylemat jest racjonalnie i moralnie nierozstrzygalny, a w takiej sytuacji próba narzucenia wszystkim „patriotycznego obowiązku” i wymuszenia decyzji szantażem moralnym jest w najwyższym stopniu niestosowna. Mam wręcz wrażenie, że w swej istocie jest równie autorytarna jak polityka Kaczyńskiego, choć „patriotyczny obowiązek” kojarzy mi się raczej z Gomułką. Opozycja wobec złej władzy nie zawsze walczy o wolność; czasem walczy po prostu o władzę.

Jeśli mamy obalić rządy autorytarne – nie na jedną kadencję, ale na dobre – musimy pozyskać dla demokracji liberalnej wielu obecnych zwolenników PiS i Kukiza. Jeśli mamy do tych ludzi dotrzeć, trzeba z nimi rozmawiać i to rozmawiać w taki sposób, żeby chcieli słuchać. To niełatwe, ale z upływem czasu, wraz z nieuchronnym, postępującym zmęczeniem rządami Kaczyńskiego, słuchać będą coraz chętniej, jeśli mury między nami nie będą zbyt grube a nienawiść zbyt ślepa. Dlatego nie powinniśmy, a może nawet nie wolno nam, pogłębiać przepaści, która już istnieje, zwłaszcza wtedy, gdy nie ma po temu (a nie ma) dobrego uzasadnienia. Różnica między więzieniem lub „internatem” a utrudnianiem wypowiedzi w studiu telewizyjnym jest kolosalna, analogia z telewizją stanu wojennego jest chybiona, obowiązek patriotyczny nie istnieje, a szantaż moralny w tej sprawie jest tyleż nieestetyczny, co absurdalny politycznie.

Cóż zresztą byłaby to za demokracja liberalna, gdybyśmy mieli ją wywalczyć szantażem?! Nie cel uświęca środki, a wprost przeciwnie, to środki uświęcają cel. 

poniedziałek, 1 maja 2017

Wolne szkoły: od demokracji utopijnej do deliberatywnej (list do wszystkich, którzy interesują się problemem religii w szkole)

Idea edukacji demokratycznej ma rodowód równie stary jak koncepcja demokracji politycznej w jej współczesnej, liberalnej postaci państwa prawa, gdzie większość nie jest już panem życia i śmierci mniejszości. Demokracja w tym modelu nauczania jest jednocześnie celem i metodą. Wprowadza do procesu kształcenia wartości takie jak wolność i równość, a jednocześnie skuteczniej rozwiązuje niektóre problemy dydaktyczne i wychowawcze: lepiej motywuje do nauki i sprzyja kształtowaniu się autonomii moralnej, społecznej i poznawczej młodych ludzi.   
Autorstwo obu koncepcji demokracji przypisuje się filozofowi angielskiemu, jednemu z ojców Oświecenia, Johnowi Locke’owi, przy czym dzieło, w którym przedstawił on podstawowe zasady systemu republikańskiego[1], uważa się za pracę oryginalną, podczas gdy jego „Myśli o wychowaniu” (1692), gdzie w zalążku pojawia się idea demokracji w nauczaniu, są w znaczniej mierze omówieniem poglądów autorów wcześniejszych. Myśliciele i pisarze tacy jak John Evelyn,  John Aubrey  i  John Milton już  od kilkudziesięciu lat głosili potrzebę podobnych reform w programach i metodach nauczania.  
W swoich rozważaniach pedagogicznych Locke okazuje się nie tylko filozofem, ale przede wszystkim wnikliwym psychologiem. Potrzebę „demokratyzacji” nauczania uzasadnia następująco: „Nie powinno się obciążać dzieci niczym, co pachnie pracą lub poważnym zajęciem: takiego jarzma nie umie dźwigać ani ich umysł ani ciało. Szkodzi też ich zdrowiu i pewien jestem, że to właśnie z powodu przymuszania dzieci do książek w wieku, który nie znosi przymusu, tyle dzieci nienawidzi przez całe życie i książek i nauk...[2].
Słabą stroną tych trafnych intuicji pedagogicznych był fakt, że Locke uważał je za właściwe tylko dla dzieci z tzw. dobrych rodzin. (Nie od razu Kraków zbudowano!) Z drugiej strony jego nie całkiem oryginalne, ale dobrze napisane porady wychowawcze zostały przetłumaczone na wiele języków i zyskały wielką popularność w całej Europie, przez co znacząco wpłynęły na oświeceniowe myślenie o szkolnictwie. W Polsce pod ich wpływem był między innymi Jędrzej Śniadecki.
W kolejnych dziesięcioleciach i stuleciach idea demokratycznej edukacji stopniowo dojrzewała, najpierw pod wpływem Oświecenia, a  potem również dzięki odkryciu, że dzieci ludzi ubogich, w tym chłopów, niczym się nie różnią od dzieci bogaczy i przysługują im te same prawa – również do nauki. Najlepiej znanym i konkretnym wyrazem tego odkrycia były szkoły dla chłopskich dzieci założone przez Lwa Tołstoja w jego rodowym majątku w Jasnej Polanie i okolicznych miejscowościach. Tołstoj był człowiekiem ideowym i takie miały być jego wolnościowe szkoły, w których dzieci miały pełną swobodę decydowania o swoim postępowaniu. „Szkoła nie powinna i nie ma prawa nagradzać i karać; najlepszy ustrój i organizacja szkoły polega na pozostawieniu uczniom całkowitej swobody: niech się uczą i rządzą między sobą, jak im się podoba."[3] – nauczał ten wybitny pisarz. Hasła te brzmią pięknie po dziś dzień, jednak, tak jak w przypadku wielu innych pięknych haseł, ich realizacja okazała się trudna w praktyce. Szkoły w Jasnej Polanie przetrwały zaledwie kilka lat, a przyczyną ich upadku był nie tylko organizacyjny chaos, ale również autorytarne skłonności założyciela, często ujawniające się u żarliwych ideowców, gdy nie wszystko przebiega po ich myśli. A w „Jasnej Polanie” z pewnością nie wszystko wyglądało tak, jak to sobie wymarzył założyciel. Dzieci „rozrabiały”, a niektóre nawet kradły. Karano je wtedy umieszczeniem na ubraniu naszywki z napisem „złodziej”. Być może powinniśmy się cieszyć, że Tołstojowskie szkoły upadły zanim autorytarne skłonności ich twórcy rozwinęły się w pełni.
Z podobnymi problemami borykało się wielu autorów wolnościowych i demokratycznych projektów edukacyjnych w następnych dekadach, zwłaszcza zaś w pierwszej połowie XX wieku, gdy idea „postępowej edukacji” stała się modna. W latach 20. i 30. XX wieku powstało wiele eksperymentalnych szkół, z których większość wkrótce upadła, nawet gdy tworzyli je i prowadzili ludzie tak wybitni i dobrze przygotowani, jak Bertrand Russell i jego żona Dora. Ich wolnościowa szkoła w Beacon Hill istniała wprawdzie kilkanaście lat, lecz było możliwe tylko dlatego, że posyłali do niej swoje dzieci liczni znajomi i przyjaciele słynnej pary założycieli.
Bertrand Russell wycofał się z pracy w Beacon Hill już po pięciu latach, gdy zrozumiał, że „małe dzieci w grupie nie mogą być szczęśliwe bez pewnej dozy dyscypliny i rutynowych zajęć. Dzieci pozostawione same sobie, szybko się nudzą, zaczynają łobuzować i niszczyć przedmioty” – pisał filozof w swojej Autobiografii[4].     
Jednak nie wszystkie ówczesne eksperymenty z demokracją w szkole zakończyły się zupełnym fiaskiem. Jedna z wolnościowych szkół, założona w 1921 roku w Summerhill w hrabstwie Suffolk w Anglii, istnieje do dziś i stała się wzorem dla większości z kilkuset radykalnie demokratycznych szkół działających na świecie w XXI wieku. Co ciekawe, szkoła ta od początku należała do najbardziej radykalnych: zarządzana była i jest po dziś dzień przez samorząd, w którym każdy nauczyciel i każdy uczeń bez względu na wiek ma równy głos, a udział w lekcjach jest dobrowolny. Uczniowie mogą robić, co chcą, jeśli tylko nie krzywdzą innych, a hasłem szkoły jest „wolność – nie swawola!”. Jej założyciel, Alexander Sutherland Leill uważał, że „każde dziecko powinno żyć własnym życiem, a nie życiem, jakie uważają dla niego za właściwe rodzice lub nauczyciele, którym się wydaje, ze wiedzą wszystko najlepiej”[5]. Poza tą ogólną, słuszną i sympatyczną maksymą, Leill był również autorem  bardziej konkretnych wypowiedzi, które być może więcej mówią i jego intencjach i charakterze jego szkoły. Stwierdził na przykład, że „w Summerhill wolałby wychować szczęśliwego zamiatacza ulic niż neurotycznego uczonego”. Tego rodzaju „złote myśli” tłumaczą zapewne, dlaczego szkoła, choć przetrwała do dzisiaj i obrosła legendą, zawsze skarżyła się na niską frekwencję. Niewielu rodziców wierzy w istnienie szczęśliwych sprzątaczy ulic i niewielu życzy sobie takich celów edukacyjnych dla swoich dzieci.
To idealistyczne, by nie powiedzieć utopijne podejście, nie liczące się z wiedzą o psychice dzieci i oczekiwaniami rodziców zdecydowało, że szkoły radykalnie demokratyczne nadal stanowią margines na obrzeżach systemów oświatowych. Za wyjątek można uznać tylko kilka krajów. W Izraelu na przykład działa 25 szkół tego rodzaju finansowanych ze środków publicznych, co tłumaczy się czasem żywą tradycją wychowania w kibucach. Kultury krajów takich jak Holandia, Niemcy, USA i Australia zawsze były otwarte na eksperymenty społeczne, również w oświacie, nawet tam jednak procent dzieci objętych demokratyczną edukacją jest nikły.   
W Polsce najsłynniejszym przedsięwzięciem na polu demokratycznej edukacji, był „Dom Sierot”, założony w 1912 roku przez Stefanie Wilczyńską i legendarnego pedagoga, Janusza Korczaka. Sierociniec i szkoła działały w oparciu o koncepcję samorządnej społeczności z własnymi instytucjami, jak sejm, sąd, gazeta, system dyżurów, opieka dzieci nad dziećmi, kluby sportowe i kółko organizacji „pożytecznych rozrywek”. Tragiczna i zarazem heroiczna śmierć Korczaka, który nie chciał opuścić swoich 200 uczniów wywożonych do obozu zagłady w Treblince spowodowała, że sceptyczne lub wręcz krytyczne opinie na temat tego, co rzeczywiście działo się w sierocińcu nie dotarły do opinii publicznej. Z relacji niektórych wychowanków Korczaka wiemy, że w sierocińcu nierzadko dochodziło do szykan i przemocy fizycznej ze strony wychowanków starszych i silniejszych wobec młodszych i słabszych. To być może nieuniknione, zwłaszcza w internatach lub sierocińcach, gdzie dzieci i młodzież tworzą społeczność typu plemiennego, jednak stawia pod znakiem zapytania sensowność tego rodzaju pedagogiki. Nawet radykalny ideowiec, jakim był twórca szkoły w Summerhill, przyznawał, że „dzieci do dwunastego roku życia są aspołeczne i nie dostrzegają interesu ogółu, a ich egoizm często działa destrukcyjnie, niszczy cenne inicjatywy, irytuje starszych i dojrzalszych członków społeczności”[6]. W przypadku „Domu Sierot”, tym, co niepokoi najbardziej, był fakt, że według relacji niektórych wychowanków sam Korczak korzystał z pomocy starszych, agresywnych osiłków, którzy tworzyli swojego rodzaju wewnętrzną milicję represjonującą nie dość subordynowane dzieci. Nie pierwszy raz okazało się wtedy, że za szlachetnymi, lecz utopijnymi deklaracjami, kryją się niekiedy mniej szlachetne realia psychologiczne i społeczne. To jedna z dobrze znanych ciemnych stron życia w placówkach wychowawczych, w których dzieci i młodzież uczą się i żyją w oddzieleniu od świata zewnętrznego. Dlatego właśnie w Holandii do pracy w takich instytucjach nie przyjmuje się osób o szczególnie dużej motywacji do wykonywania tego rodzaju zajęcia. Setki lat doświadczeń pokazały bowiem, że bezpieczniejszy jest opiekun i wychowawca o umiarkowanej motywacji niż człowiek bez reszty, choćby najszczerzej oddany idei demokratycznego wychowania, narażony na kontakt z codziennymi problemami, jakich nie brakuje w pracy z dziećmi i młodzieżą.            

Demokracja deliberatywna w szkole
Radykalna demokratyzacja szkolnictwa rodzi problemy ogólne, typowe dla każdej radykalnej reformy społecznej, i specyficzne, wynikające ze zderzenia z systemem oświaty, obyczajami, emocjonalnością i cechami poznawczymi młodych ludzi. Nie oznacza to jednak, że idea demokratyzacji w wersji bardziej wyrafinowanej i lepiej dostosowanej do psychiki i cech szczególnych subkultur szkolnych jest bezwartościowa. Wprost przeciwnie. Rozsądna demokratyzacja szkolnictwa ma wszystkie wspomniane wyżej zalety dydaktyczne i wychowawcze sprzyjające kształtowaniu się autonomii moralnej, poznawczej i społecznej dzieci i młodzieży w wieku szkolnym. Trzeba tylko, żeby reforma nie była jeszcze jednym przejawem pseudowolnościowej ideologii, ale wynikiem rzetelnych przemyśleń, opartych na wynikach badań naukowych i wnioskach z wcześniejszych eksperymentów edukacyjnych.   
Koncepcją, która zdaje się pod tym względem szczególnie obiecująca, jest tzw. demokracja deliberatywna – względnie nowa, stosowana w wielu krajach od lat 80. XX wieku, praktyka polityczna i metoda podejmowania decyzji grupowych, łącząca działania edukacyjne z konsensualnym podejściem do rozwiązywania problemów społecznych i politycznych. Mówiąc najogólniej, chodzi w niej o to, żeby decyzje grupowe  podejmowali członkowie społeczności, których decyzje te dotyczą, żeby członkowie grup decyzyjnych byli dobrze przygotowani merytorycznie i żeby wypracowane wspólnie rozwiązanie zaakceptowali wszyscy uczestnicy procesu decyzyjnego.   
W różnych krajach praktykuje się różne odmiany demokracji deliberatywnej występującej tam pod różnymi nazwami: sondaży deliberatywnych lub ław obywatelskich w USA, komórek planowania w Niemczech lub konferencji konsensualnych w Danii. W największym skrócie, w praktyce, proces podejmowania decyzji metodą demokracji deliberatywnej przebiega w następujących trzech etapach:
1.   Organizatorzy deliberacji selekcjonują (zwykle w drodze losowania) niewielką grupę, nie więcej niż 20 osób, które mają poznać i przedyskutować wybrany problem, a następnie wypracować i przyjąć zaakceptowaną przez wszystkich metodę jego rozwiązania.
2.   Członkowie utworzonej w ten sposób grupy otrzymują materiały informacyjne na temat rozważanej kwestii. W zależności od typu zagadnienia organizowane są również spotkania z ekspertami, politykami lub innymi osobami prezentującymi różne specjalności, punkty widzenia, systemy wartości i podejścia do rozważanego problemu.  
3.   Wreszcie odbywa się właściwa deliberacja, podczas której uczestnicy grupy decyzyjnej omawiają różne sposoby rozwiązania problemu i wypracowują grupowy konsensus. Jeśli nie uda im się uzgodnić decyzji, deliberacja kończy się na niczym, co jednak bardzo rzadko zdarza się w praktyce.  
Uczestnicy deliberacji powinni wiedzieć z góry, jaki będzie status podjętej przez nich decyzji. Najlepiej, żeby miała ona charakter wiążący dla odpowiednich władz, co zdarza się często w przypadku deliberacji dotyczących problemów lokalnych  organizowanych nie tylko w Europie, Australii czy USA, ale również – co szczególnie ciekawe – w wielu rejonach Chin.
W Polsce sesje deliberatywne były jak dotąd organizowane bardzo rzadko. Najgłośniejsze były prowadzone tą metodą konsultacje dotyczące przeszłych losów stadionu poznańskiego Lecha po mistrzostwach Europy w piłce nożnej w 2012 roku. Wypracowane przez grupy obywateli propozycje nie były wprawdzie wiążące, ale władze miasta wzięły je pod uwagę i zamierzają organizować podobne konsultacje w przyszłości. Jeden z komentatorów, senator i profesor Marek Ziółkowski ocenił je następująco: „Jest to nie tylko bardzo cenne badanie zrobione bardzo dobrze pod względem metodologicznym, ale sam fakt, że uczestnicy uczyli się w nim debaty, jest ważny w budowaniu naszej młodej demokracji”[7].
Jak twierdzi znany politolog, prof. Radosław Markowski, „Ten model uczestnictwa w życiu publicznym potęguje szacunek dla opinii innych i poszanowanie prawa do odmiennego głosu. Jest bowiem tak, że gdy jednostki same nie mają prawa głosu, nie są skłonne przyznawać go innym”[8].
Mamy więc w demokracji deliberatywnej wszystko, o co chodzi w edukacji obywatelskiej, szkolnej i pozaszkolnej, bez czego nie ukształtuje się w Polsce w pełni rozwinięta kultura demokratyczna. Uczestnicy grup decyzyjnych najpierw poznają problem, a dopiero potem, uzbrojeni w rzetelną wiedzę, przystępują do rozważań, wiedząc, że muszą znaleźć rozwiązanie akceptowalne dla wszystkich. Co więcej, ponieważ uczestnicy deliberacji uczestniczą w podejmowaniu decyzji polityczno-społecznych tylko incydentalnie, nie są na ogół uwikłani w koterie i nie prowadzą gry politycznej ani walki o władzę, co sprzyja poszukiwaniu merytorycznych rozwiązań.     
Dlaczego zatem, jak dotąd, metoda deliberatywna nie jest stosowana w szkołach, ani w celach czysto edukacyjnych, ani do rozwiązywania realnych problemów trapiących szkolne społeczności? Przecież udział w deliberacji nie jest niczym innym, jak zdobywaniem wiedzy o problemie, a fakt, że uczenie się jest w tym przypadku uwikłane w poszukiwanie rozwiązań rzeczywistych problemów, wzmacnia motywację do pracy i sprzyja zapamiętywaniu. Sesje demokracji deliberatywnej są też wolne od wad utopijnych projektów totalnej demokracji w szkole. Nie anarchizują uczniowskiej społeczności i nie przerażają rodziców celami, w które nie wierzą i jakich nie życzą sobie dla swoich dzieci. Nie stwarzają też pola do nadużyć wynikających z niedojrzałości społecznej lub wręcz niepełnego rozwoju mózgu osób w wieku szkolnym. (Prowadzone w ostatnich latach badania przy użyciu nowoczesnych technik obrazowania pracy mózgu wykazały, że centralny układ nerwowy, a zwłaszcza sam mózg młodzieży w wieku szkolnym, również licealistów, nie jest w pełni rozwinięty.[9]) Słowem, demokracja deliberatywna wydaje się wręcz stworzona dla szkół i innych placówek oświatowych.
Jakie problemy nadają się szczególnie dobrze do rozpatrzenia i rozwiązania metodą demokracji deliberatywnej? Otóż powinny to być przede wszystkim kwestie silnie nacechowane emocjonalnie, które dzielą społeczność szkolną i ingerują w ważne wybory osobiste lub prawa i wolności uczniów. W dzisiejszej Polsce należą do nich przede wszystkim spory na tle światopoglądowym, związane z obecnością w szkołach katechezy i symboli religijnych. Metoda deliberatywna doskonale nadaje się do rozwiązania tego problemu, gdyż wolna jest od elementów siłowych, gdy większość decyduje, nie zawsze licząc się z uczuciami i poglądami mniejszości. W demokracji konsensualnej każda decyzja musi uwzględniać emocje i przekonania wszystkich uczestników debaty, gdyż inaczej po prostu nie uzgodnią oni decyzji.
W skład grupy deliberującej na temat religii w szkole powinni wchodzić nauczyciele i uczniowie, tak wierzący, jak niewierzący. Celem debaty może być nie tylko rozwiązanie problemu obecności symboli religijnych, ale w ogóle miejsca religii w szkole, w tym również sposobu organizowania zajęć z religii lub etyki. Rozwiązania takie musiałaby być oczywiście zgodne prawem, co nie powinno rodzić trudności, gdyż w pierwszej fazie deliberacji uczestnicy grupy decyzyjnej zapoznają się między innymi z obowiązującymi przepisami. Fakt, ze rozwiązanie miałoby charakter konsensualny musiałby prowadzić do obniżenia napięć na tle religijnym, które zatruwają stosunki międzyludzkie i prawidłowy przebieg kształcenia w szkołach w całej Polsce.
Innym często występującym w szkołach problemem, który rekomendujemy do rozwiązania metodą deliberacji jest przemoc w szkole i inne naruszenia prawa, takie na przykład, jak handel narkotykami. Przeciwdziałanie tym zagrożeniom wiąże się często z wprowadzaniem ograniczeń i zwiększoną ingerencją w życie prywatne uczniów i nauczycieli. Budzi to oczywiście silne, negatywne emocje. Wiele osób, nie tylko młodych, irytuje na przykład wszechobecność w szkole systemów bezpieczeństwa, takich jak kamery. Wspólne wypracowanie i uzgodnienie rozwiązań musiałoby zwiększyć stopień akceptacji dla podejmowanych działań. Co więcej, w wielu wypadkach byłyby to zapewne rozwiązania oryginalne, gdyż kultura debaty w grupach deliberatywnych nie różni się istotnie od kultury grup pracujących metodą burzy mózgów i często owocuje oryginalnymi, a jednocześnie praktycznymi pomysłami.
Ciekawe i wartościowe w praktyce byłoby również wprowadzenie w szkołach zwyczaju wydzielania części szkolnego budżetu do decyzji podejmowanych przez społeczność metodą deliberatywną. Ten typ zaangażowania w sprawy szkoły byłby – poza wszystkim, o czym była mowa wyżej – znakomitą lekcją odpowiedzialności obywatelskiej. Integrowałby  społeczność szkolną i motywował do zaangażowania w wolontariat na rzecz wspólnego dobra.
Podane wyżej przykładowe tematy deliberacji to tylko  niewielka część długiej listy problemów, które mogą lub wręcz powinny być tą metodą rozwiązywane albo konsultowane. Nie ma potrzeby podawania dalszych przykładów. Wiele z nich może przecież mieć charakter lokalny, związany ze specyfiką miejsca, w którym szkoła się znajduje. Problemy trapiące szkoły w zamożnych dzielnicach warszawskich różnią się pod wieloma względami od zmartwień  uczniów i nauczycieli szkół na tzw. ścianie wschodniej. Rozwiązań wielu z nich najlepiej szukać wspólnie, w konsensualnej debacie poprzedzonej gruntownym szkoleniem, gdyż żadną inną metodą nie osiągniemy równie wiele:  nie znajdziemy tylu praktycznych i innowacyjnych rozwiązań i nie zrealizujemy w porównywalnym stopniu najważniejszych celów dydaktycznych i wychowawczych, jakie przyświecają systemom oświaty w państwach liberalno-demokratycznych.
Towarzystwo Humanistyczne i współpracujący z nim specjaliści z różnych dziedzin deklarują pomoc w organizacji sesji deliberatywnych w szkołach zainteresowanych tą metodą podejmowania rozwiązywania problemów. Deklarujemy również gotowość do powiadomienia mediów o konkretnych projektach i szkołach, w których będą one realizowane.
Zainteresowanych prosimy o kontakt pocztą elektroniczną na adres: humanizm@op.pl   


[1].   John Locke, Dwa Traktaty o rządzie, Londyn, 1690
[2]     John Locke, Myśli o wychowaniu, Zakład Narodowy im. Ossolińskich. Wydaw. Polskiej Akademii Nauk, 1959. par. 73,1.  
[3]      Katarzyna Ogórek, Edukacja niekonwencjonalna, Warszawa 2002. www.wolneszkoly.republika.pl/2.rtf,  Dostęp: 27 grudnia 2014.  
[4].   Bertrand Russell, Autobiography 1914-1944, An Atlantic Monthly Press Book, 1968, s. 227.

[5]. Report of an inquiry into SummerHill School – Leiston, Suffolk, Januray 2000 (part one).  http://web.archive.org/web/20080104002403/http://www.selfmanagedlearning.org/Summerhill/RepMain.htm. Dostęp 28 grudnia, 2014. 

[6].Katarzyna Ogórek, Edukacja niekonwencjonalnahttp://www.wolneszkoly.republika.pl/2.rtf; Dostęp 30 grudnia 2014.

[7]              MMPoznań.pl – Strona Główna, 23 listopada  2009 r., Dostęp: 20 grudnia 2014. 

[8]              Radosław Markowski, W szponach sondaży, Polityka nr 2 (2) z 3 marca 2010 r.
[9]              Por. Debra Bradley Ruder, The Teen Brain, Harvard Magazine, wrzesień-październik 2008, http://harvardmagazine.com/2008/09/the-teen-brain.html, Dostęp, 28 grudnia 2014.

 


sobota, 7 stycznia 2017

OBYWATELSKI TRYBUNAŁ KONSTYTUCYJNY

Warszawa, 7 stycznia 2017 r.

List otwarty do organizacji i środowisk prawniczych

Szanowni Państwo,


Wśród zwolenników demokratycznego państwa prawa panuje powszechna zgoda co do tego, że sprawujące obecnie władzę w Polsce rządy Prawa i Sprawiedliwości wielokrotnie dopuściły się naruszenia przepisów Konstytucji i podstawowych norm  demokratycznego państwa prawa. W ostatnich tygodniach ta bezprawna i arbitralna polityka doprowadziła do faktycznej likwidacji Trybunału Konstytucyjnego jako organu niezależnego od władzy ustawodawczej i wykonawczej, co oznacza nie tylko naruszenie fundamentalnej dla państwa prawa zasady trójpodziału władz, ale i faktyczne zawieszenie Konstytucji, poza sprawami rozpatrywanymi przez sądy powszechne.   
W ocenie wielu autorytetów prawa konstytucyjnego i milionów obywateli, którym nieobojętny jest los polskiej demokracji oraz stan zagrożonych wraz z nią praw i wolności obywatelskich, Polska nie jest już państwem prawa. Nie jest też demokracją! Zasługuje co najwyżej na miano „demokratury”, czyli wyłonionej demokratycznie dyktatury lub – według innej wykładni – demokratycznej karykatury.  
Wobec powyższego proponujemy środowisku polskich prawników rozważenie zasadności i możliwości powołania do życia prawdziwie niezależnego, obywatelskiego trybunału konstytucyjnego w formule, jaką uznacie Państwo za najwłaściwszą.  
Zdajemy sobie oczywiście sprawę, że trybunał obywatelski nie będzie miał formalnej legitymacji do wydawania powszechnie obowiązujących orzeczeń, sądzimy jednak, że w obecnych realiach może on mieć realny i korzystny wpływ na tworzenie i stosowanie prawa w Polsce; może się również przyczynić do zminimalizowania skutków autorytarnej rewolucji, jaką narzuca społeczeństwu rządząca formacja.

Z poważaniem,

Andrzej Dominiczak
Jerzy Szafjański   

sobota, 10 września 2016

Święta od ciemności - pośmiertna kariera Matki Teresy z Kalkuty

Niedawna kanonizacja albańskiej zakonnicy zwanej „szafarką miłosierdzia”, ale i „aniołem z piekieł”, kobiety, która uważała, że „cierpienie biedaka jest piękne”, potwierdza aktualność starej prawdy: kariery fabrykowanych przez media bohaterów masowej wyobraźni nie załamują się wraz z ich śmiercią fizyczną. Legendy żyją własnym życiem, odporne na choroby i wszelką krytykę, milionom ludzi bowiem, którym życie nie pozwoliło dorosnąć, bardziej potrzebne są wzruszające baśnie niż banalna prawda.  
Matka Teresa z Kalkuty zmarła 5 września 1997 roku, jej kult nie słabnie jednak pomimo ukazania się kilku demaskatorskich książek i setek  krytycznych artykułów w prasie całego świata. Mit o „świętej ludzi z rynsztoka" karmi się nowymi sensacjami, w większości - mogłoby się zdawać - sprzecznymi z wizerunkiem „misjonarki miłości". Legendzie jednak, jako się rzekło, trudno zaszkodzić. Próby demistyfikacji, odsłanianie mrocznych stron charakteru lub ujawnianie kompromitujących uczynków, sprawiają jedynie, że mityczna bohaterka staje się bardziej pełnokrwista i przez to ciekawsza, że uzyskuje „nowy wymiar", jak to trafnie przewidział ojciec Brian Kolodiejchuk, postulator procesu kanonizacyjnego Matki Teresy.
Nowe informacje na temat Matki Teresy dotyczą, jak dawniej, fikcyjnego charakteru prowadzonej przez nią działalności, nieprawidłowości w zarządzaniu zgromadzoną przez Misjonarki Miłości fortuną, politycznych uwikłań zakonnicy i jej bezwzględności wobec bliźnich, ale także - co szczególnie ciekawe - jej życia wewnętrznego: zmagań i rozterek duchowych, niezaspokojonych tęsknot i pragnień.
Nie są to żadne plotki lub niepotwierdzone pogłoski. Nasza wiedza o meandrach życia duchowego i problemach emocjonalnych Matki Teresy pochodzi w większości od niej samej - z ujawnionych wbrew jej woli, pisanych przez kilkadziesiąt lat listów i innych pism, w których dzieliła się swoimi intymnymi myślami i przeżyciami. Świadectwa te, uzupełnione o fakty ujawnione przez ludzi z jej bliskiego otoczenia, wśród których znalazły się osoby tak godne zaufania, jak były arcybiskup Kalkuty Henry Sebastian D'Souza, rzucają ciekawe światło na osobę i działalność Matki Teresy, ale także na politykę kadrową Kościoła katolickiego.   

Nawiedzenie i rozmowy z „Głosem"

6 września 2001 roku światowe agencje prasowe doniosły, że Matkę Teresę poddano egzorcyzmom. Źródłem tej sensacyjnej wiadomości był wspomniany już arcybiskup D'Souza. Wydarzenie to miało miejsce kilka miesięcy przed śmiercią zakonnicy w 1997 roku, gdy przyjęto ją do szpitala z powodu zaburzeń w pracy serca. Chora była niespokojna i skarżyła się na bezsenność. Gdy okazało się, że lekarze nie potrafią wyjaśnić przyczyny tych zaburzeń, biskup powziął podejrzenie, że misjonarka jest nawiedzona przez diabła i wezwał na pomoc egzorcystę. Pochodzący z Sycylii o. Rosario Stroscio powiedział później dziennikarzom, że „Matka Teresa była oszołomiona i zachowywała się dziwnie, jednak po trwających pół godziny modłach spokojnie zasnęła". Ojciec Stroscio nie wykluczył, że zakonnicę napastował szatan, w czym zresztą – jak wyjaśnił duchowny – „nie byłoby nic dziwnego, gdyż w historii Kościoła egzorcyzmy przyjmowało wielu świętych".[1]
W opinii arcybiskupa Kalkuty szatan zaatakował Matkę Teresę skuszony jej świętością. Dla księdza lub teologa nie ma w tym być może nic nadzwyczajnego, z psychologicznego punktu widzenia dziwi jednak, że zwykłe problemy z zaśnięciem, tak częste w warunkach szpitalnych, nasunęły biskupowi przypuszczenie, że ich przyczyną mogło być nawiedzenie przez diabła. Trudno się oprzeć wrażeniu, że akurat w tym przypadku bliższe prawdy były doniesienia niektórych tabloidów, gdzie pisano o nawiedzających zakonnicę pod koniec życia atakach szaleństwa.
Przypuszczenie to dodatkowo umacniają niektóre fragmenty głośnej książki o. Briana Kolodiejchuka pt. Matka Teresa. Pójdź, bądź moim światłem[2]. W podrozdziale pod tytułem „Głos" znajdujemy na przykład następującą relację: „Tego samego dnia, 10 września, Matka Teresa zaczęła otrzymywać serię słów wewnętrznych, co trwało do połowy następnego roku. Matka Teresa rzeczywiście słyszała głos Jezusa i odbywała z Nim intymne rozmowy. Jest jedną z tych świętych, do których Jezus przemówił bezpośrednio, prosząc ich o podjęcie się jakiegoś specjalnego zadania wśród Jego ludu. Od początku tego niezwykłego doświadczenia Matka Teresa nie miała wątpliwości, że tym, kto do niej mówił, jest Jezus. Mimo to na ogół nazywała te przesłania „Głosem”. Między Chrystusem a Matką Teresą dokonywała się poruszająca i niezwykle piękna wymiana. On zwracał się do niej z największą czułością: „moja mała oblubienico" albo „moja własna maleńka". „Mój Jezu" albo „mój własny Jezu" - odpowiadała Matka Teresa, pragnąc odpłacić mu miłością za miłość. (...) Głos wciąż wzywał: „Przyjdź, przyjdź - zanieś mnie do nor tych biedaków. Pójdź, bądź moim światłem".[3]
Ojciec Kolodiejchuk wyjaśnia wprawdzie w przypisach do swojej książki, że „Matka Teresa otrzymywała słowa wewnętrzne wyobrażeniowe", a nie „zewnętrzne albo słyszane uchem” (sic!), jednak jego pewność co do faktycznej natury głosu może budzić zdziwienie, nie tylko wśród ateistów lub sceptyków religijnych. Obawy co do autentyczności „głosu" żywił nawet ówczesny kierownik duchowy Matki Teresy, ojciec Van Exem. Duchowny ten wierzył wprawdzie w szczerość zakonnicy, ale jednocześnie „miał świadomość ryzyka wiążącego się z opieraniem się na tego rodzaju doświadczeniach, gdyż mogły się one okazać innego niż Boskie pochodzenia". Ojciec Van Exem uznał ostatecznie, choć nie bez wahania, Boskie pochodzenie głosu i natchnienia Matki Teresy, tym jednak, którzy w cuda nie wierzą, bardziej wiarygodne mogą się wydawać inne wyjaśnienia.
Nie jest to oczywiście zarzut wobec misjonarki. Wprost przeciwnie: przypuszczalne, okresowe lub chroniczne zaburzenia psychiczne mogą co najwyżej w jakiejś mierze usprawiedliwiać jej słowa i uczynki. Mogą nawet budzić współczucie, zwłaszcza gdy zapoznamy się bliżej z rozterkami duchowymi zakonnicy i bólem, jaki na ich tle przeżywała.
Święta od ciemności
Matka Teresa przez większość swojego życia była osobą niewierzącą. Cytowane przez o. Kolodiejchuka pisma zakonnicy nie pozostawiają co tego wątpliwości. W listach kierowanych do swoich spowiedników, kierowników duchowych i samego Jezusa pisała:
„Ojcze, od roku 1949 albo 50 to straszliwe poczucie pustki, ta niewypowiedziana ciemność, ta samotność, ta nieustanna tęsknota za Bogiem, która przyprawia mnie o ból w głębi serca. Ciemność jest taka, że naprawdę nic nie widzę - ani umysłem, ani rozumem. - Miejsce Boga w mojej duszy jest puste. - Nie ma we mnie Boga"[4].
„Panie Boże, kim jestem, że mnie opuszczasz? (…) Wołam, lgnę, pragnę i nie ma nikogo, kto by mi odpowiedział. Nikogo, do kogo mogłabym przylgnąć. Nie, nie ma nikogo. Jestem sama. Ciemność jest taka ciemna, a ja jestem sama. - Niechciana, opuszczona. Samotność serca, które pragnie miłości, jest nie do zniesienia. Gdzie jest moja wiara? Nawet tam, głęboko, w samym wnętrzu nie ma nic prócz pustki i ciemności. (…)  Nie mam wiary"[5].
Matka Teresa nie wierzyła w Boga lub też - jak to ujął o. Koledziejchuk - nie czuła, że wierzy, co w języku Kościoła katolickiego oznacza, że brak wiary był pozorny. Fakt, że pomimo wyrzutów sumienia zakonnica nigdy nie zdobyła się na publiczne wyznanie prawdy, Kościół uznał za wynik działania Boga w jej życiu. Nie lęk, wstyd lub troska o własne interesy zamykały jej usta! To Bóg nie pozwalał jej powiedzieć niczego, co nie było prawdą! Oto kliniczny wręcz przykład katolickiej kazuistyki. Brak wiary w Boga okazuje się najlepszym dowodem na jej istnienie, a argumentem rozstrzygającym w tej pokrętnej argumentacji ma być  posłuszeństwo Kościołowi, ta najwyższa z tzw. wartości  chrześcijańskich. 
Matka Teresa nigdy nie uzyskała zgody na publiczne ujawnienie dręczącego ją przez długie lata kryzysu wiary. Naruszałoby to drastycznie interesy Kościoła. Zwalnia ją to być może od zarzutu hipokryzji, nie zwalnia jednak od wielu innych, znacznie surowszych zarzutów. Czy na przykład, wiedząc, że była osobą niewierzącą, nie powinniśmy surowiej ocenić jej lekceważącego stosunku do cierpienia ludzi w prowadzonych przez nią placówkach. Matka Teresa zakazywała podawania im silnych leków przeciwbólowych, nawet gdy umierali w męczarniach. Jej dawni krytycy, jak Christopher Hitchens, autor pierwszej krytycznej książki o Matce Teresie, która ukazała się w Polsce pod tytułem „Misjonarska miłość – Matka Teresa w teorii i w praktyce”, mogli sądzić, że rozmowa, w której misjonarka „pocieszała” umierającego na raka człowieka, porównując jego cierpienie do bólu, jaki Chrystus cierpiał na krzyżu, była przejawem fanatycznej wiary i nadziei na rychłe zbawienie chorego. My wiemy, że o fanatyzmie nie mogło być mowy. Owszem, Matka Teresa z gorliwością godną lepszej sprawy stosowała w praktyce nauczanie Jana Pawła II, w myśl którego cierpienie jest darem zbliżającym człowieka do Chrystusa - nie czyniła tego jednak z pobudek religijnych. Papież był być może człowiekiem wierzącym, mógł więc sądzić, że cierpienie pomaga człowiekowi osiągnąć zbawienie, co od biedy można uznać za okolicznością łagodzącą. Czym kierowała się bezbożna zakonnica? Trudno uwolnić się od przypuszczenia, że ta udręczona, samotna i głęboko nieszczęśliwa kobieta, tak jak wielu innych ludzi skazanych na wieloletnie cierpienia, robiła to po prostu z „potrzeby serca”, że dzieliła się swoim bólem z tymi, nad którymi miała władzę, a cywilizowany świat dawał jej do tego prawo i czcił ją tylko dlatego, że raniąc cierpiących, wypowiadała odpowiednie zaklęcia.
Etyka chrześcijańska dostarcza pod tym względem znacznie lepszych pretekstów niż inne wierzenia. Żadna inna religia nie uczyniła z cierpienia „wartości" i drogi do zbawienia. Tylko chrześcijanin lub ktoś kryjący się za chrześcijańską maską, może bezkarnie i bez poczucia winy - tak jak Matka Teresa - głosić, że „cierpienie biedaka jest piękne", że „świat odnosi wielkie korzyści z cierpienia biednych ludzi" i że „najpiękniejszym darem, jaki może otrzymać człowiek, każdy człowiek, jest możliwość uczestniczenia w cierpieniu Chrystusa"[6].
Pielęgnowany przez zachodnie media kult Matki Teresy i jej przyjaźń z Janem Pawłem II, który wsławił się między innymi tym, że wyniósł na ołtarze więcej świętych niż wszyscy jego poprzednicy razem wzięci, zaowocowały przyspieszeniem procesu beatyfikacji zakonnicy, którą przecież już za życia uważano za świętą. W Kościele sprawa beatyfikacji nie budziła wątpliwości, choć Kongregacji do spraw Kanonizacji znane były nie tylko zarzuty wysuwane przez krytyków zakonnicy, ale także najnowsze rewelacje na temat utraty wiary, zawarte w listach Matki Teresy, których fragmenty opublikowały główne dzienniki światowe.
Co ciekawe, Kongregacja zadała sobie trud wysłuchania dwóch autorów książek przedstawiających Matkę Teresę w niekorzystnym świetle. Do złożenia zeznań przeciwko beatyfikacji zaproszono wspomnianego już Christophera Hitchensa i doktora Aroupa Chatterjee, pochodzącego z Kalkuty lekarza i autora krytycznej książki pt. „Mother Teresa. The Final Verdict". W swoich zeznaniach zwrócił on przede wszystkim uwagę na rozpowszechniane przez misjonarkę pospolite kłamstwa:
„Chciałbym podkreślić, że Matka Teresa nie była osobą prawdomówną; kłamała nawet w swoim przemówieniu z okazji wręczenia jej Pokojowej Nagrody Nobla. Dała w nim między innymi do zrozumienia, że misjonarki z jej zakonu przeszukują ulice Kalkuty w poszukiwaniu nędzarzy, co jest wierutnym kłamstwem. (...) Powiedziała także, że wśród ubogich kobiet z Kalkuty nie zna ani jednej, która poddałaby się aborcji. To jest również groteskowe kłamstwo. Matka Teresa była często wręcz wściekła z powodu nazbyt jej zdaniem swobodnego stosunku mieszkańców Kalkuty ze wszystkich grup społecznych do przerywania ciąży."
Dr Chatterjee zarzucił także zakonnicy, że choć tak często wypowiadała się przeciwko przerywaniu ciąży, nigdy nie odniosła się krytycznie do rozpowszechnionej w Indiach ohydnej praktyki selektywnej aborcji, w której pozbawia się życia płody płci żeńskiej.
Jak należało się spodziewać, zarzuty Hitchensa i Chatterjee nie wpłynęły na decyzję Kongregacji ds. Kanonizacji. Nie wiadomo nawet, czy ktoś w ogóle zadał sobie trud udzielenia na nie odpowiedzi. Do opinii publicznej dostały się tylko wypowiedzi biskupów, którzy odrzucili świecki przesąd, w myśl którego bezbożność mogłaby dyskwalifikować kandydata do świętości. Ich zdaniem ujawnione w listach rozterki duchowe Matki Teresy, czy też nawet chroniczny kryzys wiary, na który się skarżyła, wręcz umocniły jej kandydaturę. Arcybiskup Francesco Canalini stwierdził na przykład, że „podobny kryzys przeżywało wielu świętych, wszyscy jednak walczyli ze słabością i przeciwko siłom ciemności". Braku wiary nie uznał także za przeszkodę do świętości postulator procesu kanonizacyjnego Matki Teresy Brian Kolodiejchuk. „Sensacje te sprawią tylko, że sposób, w jaki ludzie ją rozumieją, wzbogaci się o nowy wymiar"[7] - stwierdził ojciec Kolodiejchuk.
Zastanawiać może łatwość, z jaką Kościół pogodził się z faktem, że jego najsłynniejsza w XX wieku funkcjonariuszka - wzór chrześcijańskich cnót - okazała się osobą niewierzącą. Być może tradycyjne nauczanie Kościoła, zgodnie z którym bez wiary nie ma zbawienia, należy uznać za racjonalistyczny przesąd?! A może kryzys lub całkowita utrata wiary są w Kościele tak powszechne, że niesprawiedliwe byłoby wyciąganie konsekwencji wobec tej jednej córy Kościoła tylko dlatego, że akurat w jej przypadku sprawa stała się powszechnie znana. Przecież Matka Teresa, wierząca czy niewierząca, nigdy nie złamała ślubów posłuszeństwa!
Rzecz jest warta uwagi. Tak czy inaczej bowiem okazuje się, że w Kościele coraz bardziej liczą się zwykłe sprawy ziemskie, a coraz mniej mitologia, na której tę instytucję ufundowano. Wprawdzie, jak dotąd, ten stan rzeczy przyczynia się do umocnienia hipokryzji wśród kleru katolickiego, na dłuższą metę jednak może się okazać, że mamy do czynienia z postępującym procesem pragmatycznej racjonalizacji lub wręcz sekularyzacji, który w przyszłości przekształci Kościół w świecką i demokratyczną instytucję, praktykującą pożyteczną pedagogikę społeczną.
Powracając do beatyfikacji Matki Teresy, przypomnieć należy, że do pewnych kontrowersji - przede wszystkim w Indiach - doszło w wyniku uznania przez Watykan wyleczenia trzydziestoletniej wieśniaczki Moniki Besry za cud dokonany za wstawiennictwem Matki Teresy. Według źródeł kościelnych do uzdrowienia doszło, gdy na brzuchu chorej na raka kobiety położono aluminiowy medalik z wizerunkiem Maski Boskiej - ten sam, który złożono na ciele misjonarki po jej śmierci. Uzdrowiona wyjaśniła podobno, że „guza uleczył promień światła, który nagle wystrzelił z medalika".
Cudownej ingerencji zaprzeczyli lekarze hinduscy, a wśród nich ginekolog Ranjan Mustafi, który leczył kobietę. Wyjaśnił on, że guz nie był wcale rakiem, lecz torbielą spowodowaną gruźlicą. Stwierdził także, że nie było żadnego cudu, lecz skuteczne leczenie, które trwało ponad dziewięć miesięcy. Watykan uznał jego wyjaśnienia za przejaw lekarskiej pychy.
Największy problem naszych czasów
W artykule tym skupiliśmy się na sprawach, o których niewiele było wiadomo za życia zakonnicy. O wielu nie wiedział nawet Christopher Hitchens, bodaj najsłynniejszy spośród jej krytyków. Niektóre z nich ujawnił niemiecki tygodnik „Stern”, w artykule   pt. „Gdzie jest fortuna Matki Teresy", który ukazał się 10 września 1998 roku, z okazji pierwszej rocznicy jej śmierci.
Czytamy w nim na przykład historię pewnego mieszkańca Kalkuty nazwiskiem Pannalal Manik. Przedsiębiorczy ten człowiek zainicjował w samym sercu kalkuckich slumsów budowę szesnastu budynków, w których ostatecznie zamieszkało około 4000 nędzarzy. Manik nie był człowiekiem zamożnym. Domy te przyszli ich mieszkańcy budowali własnymi rękami, a większość środków na zakup materiałów budowlanych uzyskano z misji Ramakrishna - największej organizacji pomocowej w Indiach. Manik szukał także wsparcia u Misjonarek Miłości. W tym celu odwiedził ich ośrodek trzykrotnie, jednak Matka Teresa nie znalazła dla niego czasu - nie został nawet wysłuchany.
Sposób, w jaki Matka Teresa praktykowała miłość bliźniego w Nowym Jorku nie różnił się niczym od tego, co czyniła w Kalkucie. Mimo idących w miliony dolarów datków i dotacji zakonnice rutynowo odmawiały ponoszenia nawet najdrobniejszych wydatków. Nawet żywność do prowadzonych przez nie jadłodajni dla bezdomnych pozyskiwali wolontariusze. Gdy pewnego razu, w wyniku nieporozumienia, nie dostarczyli oni chleba do stołówki w nowojorskim Bronksie, poprosili matkę przełożoną o zgodę na zakup chleba. „Nawet nie ma mowy! - odparła przełożona - jesteśmy biedną organizacją!"
W okresie klęski głodu w Etiopii wiele czeków z datkami opatrzonych było adnotacją: „dla głodujących w Etiopii". Jedna z cytowanych przez „Stern” zakonnic  zaproponowała, żeby te datki policzyć i wysłać do miejsca przeznaczenia. „Nie wysyłamy pieniędzy do Afryki!" - usłyszała w odpowiedzi, po czym jak niepyszna powróciła do wypisywania pokwitowań dla ofiarodawców: „dla Etiopii".
Klęska głodu w Afryce nie trapiła Matki Teresy tak jak nie martwiła jej nędza bezdomnych w Kalkucie lub cierpienia ludzi umiejących na raka. Dramaty te traktowała raczej jak okazję do dobrego zarobku. W ostatnich latach życia, gdy była już słynną celebrytką, nawet tego nie ukrywała. Któregoś dnia poleciła na przykład wywiesić przed domem w Kalkucie tablicę, na której napisała: „Nie jesteśmy pracownicami socjalnymi, nie jesteśmy nauczycielkami ani lekarzami - jesteśmy zakonnicami".
Wiemy już, że i zakonnicą nie była naprawdę; nie żyła przecież w „zjednoczeniu z Bogiem”. Kim zatem była? Pewnie sama nie tego dobrze nie wiedziała, a i my tego dociekać nie będziemy. Z niechęcią bowiem myślimy o wnikaniu w psychikę kobiety, która całe życie, dla władzy i kariery, udawała kogoś, kim nie była. By jednak, już na zakończenie naszej opowieści o tej „świętej od ciemności”, dać przybliżone wyobrażenie o mrocznej duszy Agnes Gonxhy Bojaxhiu i wyznawanych przez nią wartościach, przytoczmy pochodzącą z 1989 roku relację ojca George'a Williama Rutlera z kościoła św. Agnieszki w Nowym Jorku:
„Któregoś dnia, podczas długiej rozmowy z Matką Teresą, niespodziewanie zapytałem ją, jaki jest jej zdaniem największy problem współczesnego świata. Kandydatów do tego miana było wielu: klęski głodu, epidemie, rzeź w Ruandzie, nieuleczalne choroby, rozpad rodziny, nieposłuszeństwo wobec Boga, korupcja wśród polityków, zadłużenie krajów Trzeciego Świata, zagrożenie nuklearne etc.
Nie wahając się ani przez chwilę, Matka Teresa odpowiedziała: „Na całym świecie, gdziekolwiek nie pojadę, tym, co zasmuca mnie najbardziej, jest widok ludzi, którzy przyjmują komunię na rękę".



[1]. BBC News, 6 września 2001, http://news.bbc.co.uk/2/hi/euro-pe/1529093.stm
[2]. Matka Teresa. Pójdź op. cit. s. 52.
[3]. Tamże, s. 52-53
[4]. List Matki Teresy do ojca Josepha Neunera SJ, bez daty, ale najprawdopodobniej z okresu rekolekcji odbytych w kwietniu 1961 roku; za: Matka Teresa. Pójdź .... op. cit. Wprowadzenie.
[5]. List Matki Teresy do Jezusa, bez daty; za: Matka Teresa. Pójdź op. cit. s. 180
[6]. Walter Wuellenweber, Mother Teresa: Where are Her millions? Stern, 10 września 1998.
[7]      . Andrew Brown, Was Mother Teresa an atheist?, Guardian, 24 sierpnia 2007.